Dalej z tego dnia pamiętam wszystko jakby przez mgłę. Reanimacja... Karetka... Potem nic.
Siedzę na szpitalnym korytarzu przed jakąś salą. Pojedyncze łzy spływają powoli po moich policzkach. Jestem wykończona zarówno psychicznie jak i fizycznie. Nie spałam całą noc. Jest wcześnie rano. Nie mogę uwierzyć w to co się stało kilka godzin temu. Moja ciocia nie żyje... Jedyna osoba, którą miałam nie żyje... Popełniła samobójstwo.... Mam jeszcze Szymka, ale on jest daleko...
To musi być sen... To nie może być prawda! Ja sobie sama nie poradzę. Nie dam rady. Jak ona mogła to zrobić? Znowu nie mam nikogo... Kompletnie nikogo... Znowu została sama...
Pewnie zastanawiacie się co z moimi rodzicami. Jak miałam jakieś 5 lat zostawili mnie u ciotki. Tak po prostu. Mimo że byłam mała pamiętam ich jeszcze trochę. Każdego dnia czekałam na nich. Byłam pewna, że po mnie wrócą. Nie rozumiałam czemu po mnie nie przyjechali. Czemu nie tam zostawili. Do dziś tego nie wiem. Nikt mi nie chciał powiedzieć. Jestem ciekawa co teraz robią... Czy w ogóle żyją...? Nie wiem... Ale chcę się tego dowiedzieć...
Ta kobieta mnie wychowała... Ona była przy mnie całe życie. Zawsze kiedy jej potrzebowałam. Nigdy mnie nie opuściła kiedy robili to inni. Wiele razy była dla mnie jedynym wsparciem... A teraz mnie zostawiła... Nie rozumiem tego.
Po dłuższych rozmyślaniach nad tym co będzie dalej łzy zaczęły mi lecieć coraz częściej. W końcu nie mogłam się opanować i głośny szloch wyrwał się z mojego gardła. Chyba dopiero wtedy doszło do mnie, że nie zobaczę więcej osoby, która była jak moja matka... Jakaś pielęgniarka dała mi coś na uspokojenie. Postanowiłam, że pójdę do domu. Nie chciałam dłużej tam siedzieć. Nie dzwoniłam po taksówkę, bo po co skoro mogę się przejść?
Kiedy byłam przed szpitalem zaczęłam kopać drzewo. Nie wiem czemu... To był jakiś odruch czy coś? Może chciałam się jakoś rozładować...? Kiedy skończyłam usiadłam na ziemi i zastanawiałam się co zrobić. Uznałam, że pójdę do domu. Miałam dosyć daleko, więc obawiałam się czy dam radę tam dojść.
Kilka godzin później:
Obudziłam się na podłodze w moim mieszkaniu. Byłam nadal w mokrej kurtce i butach. Nie pamiętam jak się tam znalazłam. Kiedy uświadomiła sobie co się stało zdjęłam przemoczone rzeczy i udałam się do mojego pokoju, ale założyć coś suchego i ciepłego. Ubrałam się i poszłam do salonu. Usiadłam na kanapie i wzięłam pudełko po lekach. Z etykietki dowiedziałam się, że to były silne leki nasenne.
Opakowanie wypadło mi z rąk kiedy zobaczyłam na podłodze kopertę. Podniosłam ją i otworzyłam. W środku był list. Moje serce zabiło szybciej, ponieważ poznałam pismo ciotki.
Podczas czytania targnął mną płacz, którego nie mogłam opanować...
❤❤❤
Hej Kaczorki! =D
1 rozdział! Wreszcie! xD
Ogólnie napisałam go ze 2 tygodnie temu, ale miałam tyle na głowie, że o nim zapomniałam :<
Ale już jest!
Będę się starała je pisać raz na tydzień lub na dwa tygodnie...
Wiem, że to dosyć żadko, ale będą dłuższe c:
Niestety nie mam tyle czasu, aby pisać więcej :/
Bardzo to lubię, ale mam dużo obowiązków :c
Co myślicie o tym rozdziale? :)
Czy naszą bohaterka da radę się pozbierać po śmierci ciotki?
Pewnie zastanawiacie się jak ma na imię nasza bohaterka?
Powiem tyle... Jest to dosyć żadkie imię ;PP
Bynajmniej ja się z nim nie spotykam często =D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz