poniedziałek, 1 sierpnia 2016

9. Razem albo wcale

-Masz tam jechać! Na pewno na ciebie czekają!-rozkazałam mojemu ciemnowosemu przyjacielowi i pociągnęłam kolejny raz nosem.
-Już ci mówiłem, że zostanę z TOBĄ! Nie możesz być sama w święta, Jagoda!-oznajmił spoglądając na mnie niby ze złością, ale kiedy lepiej pezyjrzałam się temu spojrzeniowi rozpoznałam w nim troskę i... chyba współczucie. Marcel jest kochany, ale nie mogę mu psuć planów od tak. Cieszył się, że spędzi ten czas z rodziną, a z mojego powodu miał tam nie pojechać. Byłam zła na siebie, chociaż nie miałam zbytnio za co, bo to co się stało kilka godzin wcześniej, nie było w żaden sposób z mojej winy.
-Jedź, proszę cię, Marcel.
 Chłopak zmarszczył czoło i zamyślił się.
-W takim razie pakuj się.
-Co?-nierozumiałam.
-Pakuj się-powtórzył spokojnie-Skoro tak bardzo chcesz żebym pojechał, jedziesz ze mną.
 Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. W takim stanie mam poznać jego rodzinę?! Wszyscy pomyślą sobie zaraz, że jestem jakąś histeryzującą dziwaczką, której nawet rodzice nie chcieli. Po moim trupie! Nie miałam zamiaru się ruszać z mojego mieszkania nawet na krok. To była dla mnie taka przytulna cicha norka jak dla szarej myszki, w której czułam się bezpiecznie. 
-Ciebie już do końca pogięło!
-JedzieMY, czy zostajeMY?-zapytał kładąc nacisk na ,,my". Patrzyłam na niego chwilę spode łba i ruszyłam bez słowa w kierunku sypialni. Cóż mi innego pozostało? Ten głupol jest uparty jak osioł i jakbym się zaraz nie spakowała i nie pojechała z nim, to by został i siedział mi cały czas na karku, jako ,,pocieszyciel" w najtrudniejszych chwilach w życiu. Nic nie zmieni faktu, że Szymon nie żyje. Tak. Mój chłopak, jedyna osoba, która mi pozostała, odeszła. Miały być zaręczyny, ślub, dzieci i starzenie się razem, a tu o! Samolot zrobił łubudu i nie ma!
 Kiedy jeszcze siedziałam na podłodze tego pierdzielonego lotniska i waliłam pięściami w szybę, miałam taką mikroskopijną nadzieję, że jednak jakimś cudem Szymek żyje. Jednak gdy Marcel zapytał policjanta po jakichś dwóch godzinach po rozbiciu się samolotu, czy ktoś przeżył i ten funkcjonariusz się skrzywił oraz pokręcił przecząco głową wszystko we mnie zgasło. Poczułam taką cholerną, ogromną pustkę gdzieś w środku... Tak jakby jakieś światełko zgasło. 
 Po tamtej wiadomości o śmierci niemal 150 osób, wśród których był również Szymon, nie płakałam. Już nie umiałam. Nie mogłam. 
 Gdyby to działo się w jakiejś książce lub filmie, prawdopodobnie bym zemdlała, a kiedy już bym się ocknęła, wszystko okazałoby się strasznym snem i mój ukochany by mnie przytulał. Potem pozostałoby tylko spełnić marzenia oraz żyć długo i szczęśliwie. Jednak to nie była książka, ani film... ani nawet sen. To było życie. Moje życie, które nie było jak z bajki, kolorowe i wesołe. Raczej smutne. 

piątek, 29 lipca 2016

8. Powiedz, że to sen

-Kochanie, muszę spadać. Przydałoby się spakować, bo nie wiem czy pamiętasz, ale jutro wracam do ciebie-odpadł blondyn, którego widziałam na monitorze komputera.
-Myślisz, że bym zapomniała?! Od tygodni czekam na ten dzień!
-No to do jutra mała, kocham Cię-powiedział Szymek i pomachał do kamerki.
-Ja Ciebie też kocham, pa-odmachałam szczerząc się od ucha do ucha.
 Nic nie było mi w stanie zepsuć humoru. Krzątałam się po domu, sprzątając i tańcząc w rytm muzyki oraz podśpiewując pod nosem. Praktycznie wszystko było dopięte na ostatni guzik. Przez ostatni czas nie miałam zbyt dużo rzeczy do roboty, więc powoli przygotowywałam się do świąt. Do szkoły wracam dopiero w lutym, na drugie półrocze. Nie ukrywam, że trochę się obawiam, ale co będzie to będzie. Najważniejsze jest to, że Szymek wraca i będzie ze mną mieszkać! Tak się cieszę! Do Łodzi wróci tylko na kilka dni, ale jeszcze nie wiem czy pojadę z nim. Chyba nie jestem jeszcze gotowa na te wszystkie wspomnienia...

***

Na lotnisku byłam godzinę wcześniej przed czasem, kiedy miał przylecieć samolot, którym wracał Szymon. Nie mogłam usiedzieć w domu ani chwili dłużej. Marcel uparł się, że mnie podwiezie. Miał mnie tylko zawieźć na te lotnisko i od razu jechać do rodziny, jednak stwierdził, że poczeka ze mną, bo bym się zanudziła. Wygłupialiśmy się trochę i czas zleciał w trymiga.
Celek próbując naśladować ruch taneczny Michaela Jacksona i niechcący potrącił pracownika lotniska, który przewoził bagaże. Usiłowałam powstrzymać się od śmiechu, ale kiedy zobaczyłam minę jakiejś starszej kobiety, która akurat przechodziła nie wytrzymałam. Śmiałam się na cały głos i wszyscy, którzy do tej pory obserwowali zderzenie wózka i Marcela, patrzyli się na mnie.
 Ta kobieta podeszła do Celka, kiedy skończył pomagać zbierać bagaże, które spadły na ziemię i zaczął się wykład.
-Chłopcze, mogłeś komuś zrobić krzywdę! Czy ty posiadasz mózg?! To takie śmieszne, że prawie doszło do tragedii?! Czego rechoczesz?!
 Zrobiłam się czerwona jak burak i śmiałam się bezgłośnie. Miałam wrażenie, że zaraz się uduszę.
 Kiedy udało mi się jakimś cudem uspokoić zauważyłam, że samolot że Stanów powinien już przylecieć. Wpatrywałam, więc go przez okno. Gdy go wreszcie zobaczyłam zaczęłam skakać z radości. Spojrzałam w stronę Marcela, który już dawno miał pojechać. Uśmiechnął się do mnie i powiedział:
-Pa, mała, jak coś to dzwoń.
Pokiwałam głową i pomachałam mu na pożegnanie. Mój wzrok znowu powędrował na samolot. Coś było nie tak, ale w tamtej chwili ekscytowałam się tym, że zaraz przytulę mojego chłopaka. Maszyna nagle zaczęła gwałtownie się obniżać. Serce stanęło mi w momencie, gdy dziób zetknął się z ziemią. Zobaczyłam ogromny wybuch i kilka sekund później nieposkromione tumany ognia, które zajmowały latadełko. Upadłam na kolana i oparłam głowę o szybę. Z mojego gardła wydobywał się krzyk. Cały czas nieświadomie powtarzałam ,,Nie, nie, nie, nie, nie! Nie!" Przed oczami cały czas miałam wybuch i samolot skierowany dziobem do ziemi. Niemiłosiernie bałam się, iż właśnie zobaczyłam śmierć ukochanego. Nie byłam w stanie się opanować. Waliłam we wszystko pięściami. Marcel cały czas tam był ze mną. Przytulał mnie mimo, że go odpychałam. Nie wiem czemu to robiłam.

piątek, 8 kwietnia 2016

7. Biały puch

 Za 10 dni święta Bożego Narodzenia. Spędzę je razem z Szymonem. Niesamowicie mnie to cieszy. Tyle czasu go nie widziałam! Dziś, albo jutro poda mi datę swojego przylotu do Polski. Nie mogę się już doczekać! Czy ten czas nie może trochę przyśpieszyć?! Wiem, że jestem bardzo niecierpliwa, ale tak mocno go kocham...

Marcel tak jak zapowiedział rano przyszedł. Zachciało mu się pobawić w ninję i nawet nie zauważyłam kiedy wszedł do mojego mieszkania. Na powitanie dostałam z poduszki w brzuch.
-O tyy-wydarłam się na cały głos i żuciłam się biegiem do sypialni. Chłopak chyba przewidział, że poszłam po broń, bo się schował. Szukałam go dosłownie wszędzie. Sprawdziłam każdy kąt i już myślałam, że po prostu uciekł, ale brunet nagle wyskoczył z szafy i znowu mnie zaatakował. Niestety nie grzeszę wyśmienitą sprawnością fizyczną, więc miałam nie lada problem uciec od kolejnych cioców. W pewnym momencie całe pomieszczenie pokryło się pierzem. Pierzem z poduszki, którą byłam katowana.
 Dławiłam się śmiechem, a sprawca całego zamieszania stał cały czas w tym samym miejscu i nie wiedział co zrobić, sprzątać czy się śmiać. Chociaż w tamtym momencie chyba średnio było mu do śmiechu.
 Jeszcze bardziej rozbawiła mnie bezradność chłopaka o czekoladowych włosach. Rozglądał się niepewnie, trzymając podszewkę w ręku.
-Moja podusia-powiedział rozdzierającym się głosem dziecka, kiedy wreszcie udało mi się opanować i wstać. Znowu tarzałam się po podłodze. Myślałam, że mój brzuch eksploduje tak jak jasiek Marcela. Trzeba przyznać, że ten wybuch był efektowny. Taki deszcz piór. Ciekawie to wyglądało, tylko szkoda, że trzeba to później sprzątać.
-Na czym ja teraz będę spać?-odparł tym razem śmiejąc się.
-Na łóżku! Przecież ono nie zostało zdetonowane-wybuchłam po raz kolejny.
-Celek, mogę dać ci misia.
-No nie wiem... Wolałbym podusię-ostatnie słowo po raz kolejny mnie rozwaliło. To dlatego, że wypowiedział je w tak komiczny sposób, że naprawdę ciężko powstrzymać śmiech.

❤❤❤
Hej, hej, hej!!! 
Króciutki rozdział, 
ale za to będę się starała dodawać je 
częściej.
Nie mogę Wam Kaczorki obiecać, 
że będą super często, ale będą częściej niż do tej pory.

Pozdrawiam,
Misia ❤

niedziela, 3 kwietnia 2016

6. Śmiać się czy płakać?

 -Jadzia... Wstawaj... Ile będziesz jeszcze spać? Ej. Wiem, że nie śpisz. Nie udawaj już-ciepły głos próbował namówić mnie do opuszczenia miejsca, w którym aktualnie spałam, ale trafiła mnie jakaś niemoc. Może to dlaczego, że dzień wcześniej musiałam rozdrapać wszystkie rany z przeszłości. Może to to doszczętnie mnie wykończyło. Raczej tak, no bo co innego? Przytulanie po tym wszystkim?
 Szczerze mówiąc w nie wiedziałam czy jestem w salonie, czy w sypialni, czy nawet w moim domu. Nie pamiętałam nawet kiedy zasnęłam. A może wcale nie spałam tylko mi się tak wydawałoq? Te uczucie-kompletnie nie wiesz co się z tobą dzieje. Nie jesteś wstanie określić dosłownie nic. Nie możesz odpowiedzieć na żadne pytanie. Nawet nie możesz niczego mruknąć. Tak jakbyś zapomniała jak się wydaje dźwięki. Wydaje ci się, że nic nie łączy cię z rzeczywistością. Nic a nic. Tak jakbyś gdzieś daleko odleciała i widziała skrawki wspomnień oraz tego co się aktualnie dzieje.
 Nie umiałam się nawet ruszyć. Dziwny stan. Chyba tylko mi się tak dzieje. Kiedyś miałam coś podobnego, ale bardzo dawno. To chyba było przy  moim załamaniu. Sama już nie wiedziałam. Pomieszały mi się nawet fakty z filmami i Bóg wie czym jeszcze.  To kiedyś w ogóle przejdzie?-to pytanie w tamtej chwili krążyło mi po głowie.
 Nagle poczułam, że się unoszę. W jaki sposób?! Teraz krzyk wydarł się z mojego gardła. Otworzyłam do tej pory zamknięte oczy.
-Co się tu wyprawia?!-zapiszczałam, ale odpowiedział mi tylko stłumiony śmiech. No ładnie... Komu się na żarty zebrało?! Próbowałam bezskutecznie wyplątać się z pościeli. Nie mam pojęcia kiedy tak się w nią zaplątałam, że nie byłam w stanie nawet nic zobaczyć.
 Po chwili ktoś pomógł mi się wyswobodzić z objęć kołdry, koca czy co to tam było. Ujrzałam światło, ale nie zdążyłam zidentyfikować postaci, która mnie przeniosła do drugiego pomieszczenia, bo znowu się uniosłam i wylądowałam w lodowatej wodzie. Z piskiem starałam się podnieść, ale nie mogłam. Otworzyłam wreszcie oczy, które zamknęłam w chwili zetknięcia się z wodą i zobaczyłam Marcela, który centralnie na mnie leżał. On też-nie wiem czy wpadł przypadkiem czy celowo wszedł- też znajdował się w tej koszmarnie zimnej wodzie. Miałam ochotę go strzelić.
-Bawi cię to?!
-I to bardzo-odparł brunet z satysfakcją, a ja chlustnęłam mu w twarz.
-Chcesz wojny to będziesz ją miała-mruknął pod nosem i zmienił swoją pozycję na siedzącą. Nareszcie mogłam uciec, ruszyć się, cokolwiek, ale ja nadal siedziałam i broniłam się przed atakiem chłopaka. Woda była dosłownie wszędzie! Wychlapał chyba całą z wanny na mnie. Oczywiście przezemnie nie przenikła tylko odbijała się odemnie, lądując ostatecznie na podłodze. Istna powóź. W jaki sposób on to zrobił?!
-Ciołku! Starczyyy-krzyczałam a fala wreszcie ustała. Poczułam ulgę. Tak ogromną ulgę, że nie możecie sobie wyobrazić! Woda była masakrycznie zimna, a ja siedziałam w niej co najmniej 20 minut. Wreszcie udało mi się choć na chwilę opanować dreszcze i przywrócić nogi do sprawności. Uciekłam z tej okropnej kąpieli! Wspaniałe uczucie! Tylko szkoda, że nie można od tak wyschnąć i się ogrzać. Po drodze do mojego pokoju zgarnęłam chyba jedyny suchy ręcznik.

***

-Gniewasz się?-usłyszałam ciche pytanie, dochodzące zza uchylonych drzwi. To było dosyć dziwne, ale nie. Nie gniewałam się na niego. Teraz jak o tym myślę to się śmieję. Ta histeria kiedy mnie przenosił w kołderkę do łazienki...
-Ej, Jadźka...
Posłałam Marcelowi spojrzenie, które mogłoby zabić. Jednak on szelmowsko się uśmiechnął. Dobrze wie, że nie znoszę jak ktoś mówi do mnie Jadzia, a Jadźka to już wogóle...
-Ym... Jaga no nie gniewaj się.
Chłopak szybko do mnie podszedł i usiadł na łóżku. Spojrzałam na niego i parsknęłam śmiechem. Jego czekoladowa czupryna nie była już taka puszysta. Przykleiła się do jego czoła i wyglądało to wprost komicznie.
-Co, nie podoba ci się mój nowy stajlisz?-sam ledwo powstrzymywał się od śmiechu. Natomiast ja już ryczałam. W pewnej chwili zachciało mu się tulić mnie. Dopiero wtedy zorientowałam się, że cały czas jest w mokrych ciuchach.
-Ej! Mokry jesteś!
-Ty tak na mnie działasz-usiłował być poważny, ale mu się nie udało. O sobie już nawet nie mówię... Dusiłam się. Po prostu się dusiłam ze śmiechu.
Po upływie jakiejś godziny głupawki, Marcel cmoknął mnie w czoło i oznajmił, że wieczorem po mnie wpadnie. Ciekawie się zapowiada...

niedziela, 13 marca 2016

5. Prawda

 Nagle dłonie chłopaka znalazły się na mojej talii i zaczęły mnie łaskotać. Z racji, że obsesyjnie się ich boję (a mam je wszędzie) zaczęłam krzyczeć i śmiać się jednocześnie. Oczywiście próbowałam jakoś wyrwać się Marcelowi, ale bezskutecznie. Czemu on musi być taki silny a ja taka mała i... Niewysportowana?! To jest chyba oczywiste a ja głupiutka pytam. Po 1. jest chłopakiem, po 2. jest starszy a po 3. ja nie pamiętam kiedy ostatnio ćwiczyłam. Był jakiś tam W-F, ale wiadomo jak to wszystko wychodzi.
 Nigdy jakoś specjalnie mi nie przeszkadzało ile ważę. W sumie... Nie wiem kiedy ostatni raz stałam na wadze. W łazience widziałam jakąś, ale nie miałam odwagi zobaczyć. Może to nawet lepiej? Zaraz zaczęłabym przeżywać, że jestem gruba i bym się odchudzała. Sama nie wiem czy jestem grubą czy nie. Wydawało mi się, że wyglądam ok, ale teraz to mam wątpliwości.
 Kiedy zaczęłam się dusić ze śmiechu brunet wreszcie ustąpił. No i wtedy się zaczęło... Ciemne oczy Marcela powędrowały na moje odkryte dłonie. Od razu spoważniał. Zauważyłam to i od razu skapnęłam się o co chodzi. Zarzuciłam swoje ciemne włosy na plecy i spuściłam wzrok. Tym razem nie było odwrotu. Zapanowała cisza, ale taka, że zaczęło mi niszczeć w uszach. Nie znoszę tego.
 Chłopak poruszył się po kilku minutach, które wydawały mi się wiecznością i myślałam, że tak po prostu wyjdzie i mnie zostawi z tym wszystkim. Nie. Marcel taki nie był i ja bardzo dobrze to wiedziałam.
-Czemu to zrobiłaś?-zapytał biorąc moją dłoń i odkrył bliznę, która widniała na nadgarstku. Potem zajrzał  w moje oczy jakby chciał wszystko z nich wyczytać. Nie wytrzymałam tego spojrzenia. Było w nim tyle smutku... że łzy popłynęły.  Chłopak wiedział czego potrzebowałam. Po prostu mocno mnie przytulił.
-Marcel... To był ciężki czas dla mnie...
-Opowiesz wszystko od początku?
-No dobrze-westchnęłam-W gimnazjum zaczęłam rozkminiać dlaczego rodzice tak po prostu mnie zostawili. Czułam się taka... Samotna, bo zakończenie podstawówki wiązało się z nową szkołą. Nikogo tam nie znałam, a starzy przyjaciele i znajomi odeszli. W wakacje spotykaliśmy się, ale w roku szkolnym było bardzo mało czasu. Trafiliśmy do różnych szkół i nasze drogi się po prostu rozeszły. ,,Przyjaciele na zawsze"-wskazałam palcami cudzysłów i przychnęłam-Gówno prawda. Nikt nie zostawał nigdy, wtedy kiedy tego najbardziej potrzebowałam.
-Mała... Nie wszyscy tacy są. Ja Cię nigdy nie zostawię-próbował mnie pocieszyć. Trącił moją nogę lekko i dodał-To było kiedyś. Teraz masz mnie. Nie dopuszczę żebyś cierpiała.
Uśmiechnęłam się sztucznie na te słowa.
-Dobra... W mojej klasie nie mogłam liczyć na nikogo. Ogólnie była jakaś niekontaktowa. Podzielona na kilka grup. Każdy kolegował się ze swoją grupką. To znaczy prawie każdy... Bo ja nie przyjaźniłam się z nikim i no sama zawsze się gdzieś plątałam. Taki wyrzutek. Wtedy zaczęłam dużo czytać, bo nie miałam z kim wychodzić na miasto. Poznałam też kilka spoko osób w necie. Wiesz tacy internetowi przyjaciele. Nie krytykują, nie pouczają, tylko wspierają dobrym słowem. Im mogłam się zawsze zwierzyć. Cioci takźe, ale różnica jest, nie? No i tak przeleciała pierwsza i druga klasa. W trzeciej zaczęły się problemy. Poznałam kilka osób, których nigdy znać nie powinnam... Po prostu złe towarzystwo. Zaczęły się imprezy, alkohol i muszę się przyznać, że nieraz były także narkotyki... Od czasu do czasu popalałam fajki... Pamiętam jak kiedyś obiecywałam cioci, że nigdy nie wejdę w ten naług. No i się nie udało... Problemy w szkole... Nigdy nie byłam orłem w nauce, ale wtedy przechodziłam samą siebie. Głupio mi się to tego wszystkiego przyznawać... Te narkotyki... Matko... To się mogło skończyć strasznie... No ale to mi pomagało. Nie czułam się taka samotna miałam jakieś towarzystwo. Jak wtedy sądziłam to przyjaciele. Podpuszczali mnie i było coraz gorzej... A te ślady... No... Na odwyku (nie musisz nic mówić. Wiem, że to brzmi strasznie)... Na odwyku załamałam się, bo uświadomiłam sobie, że to nie byli przyjaciele tylko wrogowie. Prawie zpieprzyłam sobie całe życie, bo przedawkowałam... Chciałam coraz więcej i więcej aż w końcu wylądowałam w szpitalu. Z tamtąd na odwyk. Zakręciłam wszystko, wiem... Dobra, tak czy inaczej wpadłam w depresję. Nie chciałam z nikim gadać i po bardzo wielu przemyśleniach na temat sensu życia doszłam do wniosku, że nie mam po co żyć. ,,Co ja tu w ogóle robię?!"-cały czas tak myślałam. Wydawało mi się, że już nic dalej nie ma sensu, że ja nie mam sensu. Nienawidziłam świata... ludzi... Wszystkich i wszystkiego. Szkoda mi było tylko ciotki, ponieważ widziałam, że tylko jej na mnie zależało. Nikt inny nie trzymał mnie tu. No i postanowiłam dłużej się nie męczyć i odejść. Żyletka... Kilka cięć i po sprawie... Tak mi się tylko wydawało. Przemóc się. To jest wyzwanie, ale kiedy już się tego dokona... Przepraszam-zadławiłam się łzami. Poczułam silne ręce Marcela. Spojrzałam na jego twarz. On także płakał. To znaczy, że jestem silna? W sensie... Że nie jestem taką masakryczne wrażliwą ciapą? Doprowadziłam do łez takiego chłopaka jak Marcel... Nie wiem sama...
-Słuchaj-brunet objął moją twarz dłońmi i zmusił żebym spojrzała w jego czekoladowe oczy pełne smutku-Masz dla kogo żyć. Nie możesz się poddawać. Nigdy więcej. Dopilnuję tego. Nie możesz odejść. Musisz kochać siebie... I ludzi. Trafiałaś na nieodpowiednich, ale nie wszyscy tacy są. Zobaczysz los się odmieni. Teraz wszystko będzie dobrze. Rozumiesz?-kiwnęłam niepewnie głową- Ja Cię nigdy nie zostawię. Szczególnie teraz. Wiem, że jest Ci strasznie ciężko, ale nie wolno Ci się poddawać. Proszę, żyj chociaż dla mnie.
-Marcel... Te... Teraz nie jest tak źle... A... Akceptuję jako ta... Tako siebie... Nie.... Nie mart się... O mnie-chlipałam. Być może naprawdę mam dla kogo żyć? Szymon niedługo wróci... I jest Marcel... Mój... PRZYJACIEL.

sobota, 12 marca 2016

4. Powrót do przeszłości

 Warszawa... Nigdy bym nie pomyślała, że nagle z Łodzi przeniosę się właśnie tu. Jakoś stolica specjalnie do mnie nie przemawiała, ale nie jest tak źle jak mogłoby się wydawać. Nawet już się przyzwyczaiłam. Póki co nie jestem w stanie sama gdzieś wychodzić. Po prostu mam jakiś lęk, że ktoś może mnie napaść, albo coś z tych rzeczy. Jednak to jest mało możliwe, bo mieszkam w spokojnej dzielnicy. Marcel mieszka w tym samym budynku co ja, więc w każdej chwili mogę liczyć na jego pomoc. Zresztą i tak przesiaduje u mnie prawie całe dnie. Jak to on stwierdził chce żebym czuła się w pełni bezpieczna. Obiecał to mojej cioci. Chłopak chodzi na wykłady i ponoć dorabia. Tylko nie wiem kiedy on ma czas na naukę. Mniejsza z tym. Dziś zdarzyło się coś czego bardzo chciałam uniknąć... Starałam się bardzo, ale niestety nie udało się... Zdawałam sobie sprawę z tego, że kiedyś ta rozmowa musi nadejść, ale nie chciałam, aby to nastąpiło tak szybko.
-Opowiesz mi wreszcie coś więcej o sobie?-zapytał kolejny raz Marcel-I dziś mi się nawet nie wykręcaj. Tyle czasu już czekam a Ty spryciulo zawsze znajdziesz wymówkę.
-2 tygodnie to tak dużo? Myślałam, że dużo czasu to jest co najmniej kilka miesięcy, albo parę lat.
-Co to to nie! Tym razem nie zmienisz tematu! Chyba już wiesz, że jestem bardzo niecierpliwy?-bardziej stwierdził niż zapytał.
-Nie znoszę wścibskich ludzi- pomyślałam biorąc herbatę z kuchennego stołu i kierując się w stronę salonu. Muszę przyznać, że bardzo polubiłam to mieszkanie.
-Opowiesz?-odparł blagalnym głosem Marcel i usadowił się obok mnie na kanapie. Wydał mi się nawet słodki. Czasem jego zachowanie mnie denerwuje, ale bywa też tak, że jest całkiem znośny. Może to wydać się trochę dziwne, ale mu ufam. Nie znoszę jak się mi nachalnie przygląda, ale mu ufam. Jest w nim coś takiego, że od razu się go lubi i rozmawia się z nim jakby znało się go przynajmniej parę dobrych lat. Niektórzy po prostu tacy są. Właśnie do tej grupy należy ciemnooki brunet, który spędza ze mną każdą wolną chwilę. Jak dla mnie to jest dziwne. Nigdy nikt nie był na każde moje zawołanie. Nawet Szymon. On chodził swoimi drogami. Nigdy jakoś specjalnie nie informował mnie czy wieczór zamierza spędzić sam, z kumplami czy ze mną. Wszystko wychodziło w praniu. Uwielbiałam spontaniczne wypady za miasto. Szczególnie te nad jezioro. Pamiętam jak raz Szymon chciał mnie sprawdzić i zanurkował, a ja myślałam, że się utopił i usilnie szukałam go pod wodą. Omało sama się nie zachłysnęłam. Kiedy wreszcie znudziło mu się siedzenie w głębi jeziora wypłynął na powierzchnię i wystraszył mnie tak, że myślałam, iż dostanę zawału. Na wynagrodzenie całej sytuacji pocałował mnie długo i namiętnie oraz zabrał na lody. Miło powspominać ten fajny czas. Chociaż w tamtej chwili nie było mi do śmiechu. Byłam bliska załamania, a co dopiero teraz? Kiedy straciłam ciotkę, a Szymek był w Stanach? Tak daleko.... Sama jeszcze nie wiem dlaczego. Obiecywał, że wyjaśni mi wszystko kiedy wróci. To już niedługo. Za równe 3 tygodnie. Jednak trochę się przedłużyło. Mam nadzieję, że jeśli jeszcze raz zmieni się termin jego przyjazdu to nastąpi to szybko. Tak bardzo chciałabym, aby był już w Polsce.... Najchętniej sama bym do niego poleciała, ale nie mam tyle kasy...
-Ej! Nie błądź myślami po niebie! Brzydko dziś-roześmiał się Marcel-Wracaj na ziemię i opowiadaj o sobie wszystko. Możesz pominąć czasy... No wiesz... Ze swoimi rodzicami, bo o tym wiem chyba już wszystko... Przepraszam jeśli Cię uraziłem... Nie chciałem za bardzo poruszać tego tematu. Może po prostu zapomnijmy o tym? Co? No nie smutaj noo-przytulił mnie mocno. Tak bardzo po mnie widać, że mega dołują mnje rodzice?!
-Mała... Wiem, że cię to strasznie boli, że zostawili Cię, że odeszli. Tylko mi się nie rozpłacz jeszcze!-znowu się zaśmiał. Tym razem dołączyłam do niego, ale nie z tego samego powodu. Jak mam mu opowiadać o swoim całym życiu przed przyjazdem do Wawy to nie ma bata żebym nie ryczała! Za dużo się działo...

piątek, 4 marca 2016

3. Gleba

-Co jak go nie będzie? Sama będę musiała znaleźć to mieszkanie? Przecież w Wawie byłam tylko ze 3/4 razy. Nie ogarniam tego miasta! Na pewno się zgubię! Ktoś mnie napadnie jeszcze-takie myśli chodziły mi po głowie. Jednym słowem panika. Nie wiem czemu tak mam... Czy ja nie umiem myśleć pozytywnie?! Spokojnie! Na pewno będzie! Przynajmniej tak sobie wmawiam.
 Wysiadłam z autokaru. Za mną był chłopak, którego poznałam tego dnia-Mateusz. W sumie... W ostateczności może by mi pomógł?
-Cześć-uśmiechnął się do mnie brunet, którego z kądś kojarzyłam-Jagoda, tak?
Jednak. Przyszedł. O tyle dobrze. Nie będę musiała się włuczyć w poszukiwaniu domu.
-Hej, tak-odwzajemniłam uśmiech.
-To ja spadam, pa mała-odparł Mati i pocałował mnie w policzek. Zdziwiło mnie to. Nie żebym miała coś przeciwko, ale tak trochę dziwnie... Poznaliśmy się 2 godziny temu, a on mnie już całuje. Co prawda w policzek... Może to ja po prostu jestem dziwna...?
-Chodź, zaprowadzę cię do mieszkania, które wynajęła...-zawachał się. Chyba nie chciał mi sprawić przykrości na wspomnienie o ostatnich wydarzeniach.
-Moja ciocia-dokończyłam i na mojej twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Miałam ogromną nadzieję, że nie będzie chciał o niej gadać. Nie potrafiłam... Nie chciałam tego robić... Było za wcześnie.
-Chłopak?-wyrwał mnie z przemyśleń mój towarzysz.
-Ale co?-powiedziałam zdezorientowana.
-Ten, z którym wyszłaś z busa. Wiesz...
-A! Tak... To znaczy nie!-zaczerwieniłam się. O czym ja w ogóle myślę?! Może Mateusz jest i przystojny, ale mam chłopaka, który jest za granicą, tak? On jest dla ciebie najważniejszy! Matiego nawet nie znasz!
-Ymm... Czyli NIC was nie łączy?-zapytał, kładąc szczególny nacisk na ,,nic".
-Nic. Szczerze mówiąc to dopiero go poznałam.
-To tu-zmienił temat wysoki brunet. Naprawdę blisko od przystanku. Weszliśmy do budynku. Właściwie to ja szłam za nim, bo najwyraźniej wiedział, które to mieszkanie.
-Masz-podał mi klucze, którymi bawił się pół drogi i wskazał palcem na drzwi znajdujące się na drugim piętrze. Sprawnie wsunęłam je w zamek i przekręciłam. Weszłam do środka... I moje nowe życie się zaczęło. Może nie od razu takie nowe, ale chyba wiadomo o co chodzi. Mam tylko nadzieję, że teraz pójdzie wszystko dobrze, a nie tak jak do tej pory.
 Na wprost od drzwi była niewielka kuchnia, oddzielona od salonu ścianką. Dominowała czerń i biel. Ciemna kanapa, a przed nią identycznego koloru stolik. Nieopodal stał telewizor, ale chyba mi się nie przyda, bo wolę korzystać z internetu.
-Tam jest sypialnia, a tam toaleta-wskazał palcem-Mam nadzieję, że ci się podoba.
-Tak, jest wspa...-przetrwałam, bo wyrżnęłam się i leżałam jak długa.
-No to super! Co sobie o mnie pomyślał Marcel... Pewnie, że nie umiem chodzić-pomyślałam i poczułam coś mokrego oraz syknęłam z bólu. Coś wbiło mi się w rękę.
-Nic ci nie jest?-zaniepokoił się chłopak-Jaki ja jestem głupi! Zostawiłem otwarte okno i wazon przewróciło... Pokarz to.
-Nie jesteś, każdemu się mogło zdarzyć. Ja jestem nie dość, że zdolna do wszystkiego, to jeszcze ślepa...
-To moja wina, czekaj-pomógł mi wstać i poszedł w stronę łazienki.