-Już ci mówiłem, że zostanę z TOBĄ! Nie możesz być sama w święta, Jagoda!-oznajmił spoglądając na mnie niby ze złością, ale kiedy lepiej pezyjrzałam się temu spojrzeniowi rozpoznałam w nim troskę i... chyba współczucie. Marcel jest kochany, ale nie mogę mu psuć planów od tak. Cieszył się, że spędzi ten czas z rodziną, a z mojego powodu miał tam nie pojechać. Byłam zła na siebie, chociaż nie miałam zbytnio za co, bo to co się stało kilka godzin wcześniej, nie było w żaden sposób z mojej winy.
-Jedź, proszę cię, Marcel.
Chłopak zmarszczył czoło i zamyślił się.
-W takim razie pakuj się.
-Co?-nierozumiałam.
-Pakuj się-powtórzył spokojnie-Skoro tak bardzo chcesz żebym pojechał, jedziesz ze mną.
Wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia. W takim stanie mam poznać jego rodzinę?! Wszyscy pomyślą sobie zaraz, że jestem jakąś histeryzującą dziwaczką, której nawet rodzice nie chcieli. Po moim trupie! Nie miałam zamiaru się ruszać z mojego mieszkania nawet na krok. To była dla mnie taka przytulna cicha norka jak dla szarej myszki, w której czułam się bezpiecznie.
-Ciebie już do końca pogięło!
-JedzieMY, czy zostajeMY?-zapytał kładąc nacisk na ,,my". Patrzyłam na niego chwilę spode łba i ruszyłam bez słowa w kierunku sypialni. Cóż mi innego pozostało? Ten głupol jest uparty jak osioł i jakbym się zaraz nie spakowała i nie pojechała z nim, to by został i siedział mi cały czas na karku, jako ,,pocieszyciel" w najtrudniejszych chwilach w życiu. Nic nie zmieni faktu, że Szymon nie żyje. Tak. Mój chłopak, jedyna osoba, która mi pozostała, odeszła. Miały być zaręczyny, ślub, dzieci i starzenie się razem, a tu o! Samolot zrobił łubudu i nie ma!
Kiedy jeszcze siedziałam na podłodze tego pierdzielonego lotniska i waliłam pięściami w szybę, miałam taką mikroskopijną nadzieję, że jednak jakimś cudem Szymek żyje. Jednak gdy Marcel zapytał policjanta po jakichś dwóch godzinach po rozbiciu się samolotu, czy ktoś przeżył i ten funkcjonariusz się skrzywił oraz pokręcił przecząco głową wszystko we mnie zgasło. Poczułam taką cholerną, ogromną pustkę gdzieś w środku... Tak jakby jakieś światełko zgasło.
Po tamtej wiadomości o śmierci niemal 150 osób, wśród których był również Szymon, nie płakałam. Już nie umiałam. Nie mogłam.
Gdyby to działo się w jakiejś książce lub filmie, prawdopodobnie bym zemdlała, a kiedy już bym się ocknęła, wszystko okazałoby się strasznym snem i mój ukochany by mnie przytulał. Potem pozostałoby tylko spełnić marzenia oraz żyć długo i szczęśliwie. Jednak to nie była książka, ani film... ani nawet sen. To było życie. Moje życie, które nie było jak z bajki, kolorowe i wesołe. Raczej smutne.
Akcja zaczyna się rozkręcać, ciekawe jak bohaterka pozbiera się po tak traumatycznych przeżyciach! Czekam na kolejną część. :)
OdpowiedzUsuńhttp://malinkamojabajka.blogspot.com/