niedziela, 13 marca 2016

5. Prawda

 Nagle dłonie chłopaka znalazły się na mojej talii i zaczęły mnie łaskotać. Z racji, że obsesyjnie się ich boję (a mam je wszędzie) zaczęłam krzyczeć i śmiać się jednocześnie. Oczywiście próbowałam jakoś wyrwać się Marcelowi, ale bezskutecznie. Czemu on musi być taki silny a ja taka mała i... Niewysportowana?! To jest chyba oczywiste a ja głupiutka pytam. Po 1. jest chłopakiem, po 2. jest starszy a po 3. ja nie pamiętam kiedy ostatnio ćwiczyłam. Był jakiś tam W-F, ale wiadomo jak to wszystko wychodzi.
 Nigdy jakoś specjalnie mi nie przeszkadzało ile ważę. W sumie... Nie wiem kiedy ostatni raz stałam na wadze. W łazience widziałam jakąś, ale nie miałam odwagi zobaczyć. Może to nawet lepiej? Zaraz zaczęłabym przeżywać, że jestem gruba i bym się odchudzała. Sama nie wiem czy jestem grubą czy nie. Wydawało mi się, że wyglądam ok, ale teraz to mam wątpliwości.
 Kiedy zaczęłam się dusić ze śmiechu brunet wreszcie ustąpił. No i wtedy się zaczęło... Ciemne oczy Marcela powędrowały na moje odkryte dłonie. Od razu spoważniał. Zauważyłam to i od razu skapnęłam się o co chodzi. Zarzuciłam swoje ciemne włosy na plecy i spuściłam wzrok. Tym razem nie było odwrotu. Zapanowała cisza, ale taka, że zaczęło mi niszczeć w uszach. Nie znoszę tego.
 Chłopak poruszył się po kilku minutach, które wydawały mi się wiecznością i myślałam, że tak po prostu wyjdzie i mnie zostawi z tym wszystkim. Nie. Marcel taki nie był i ja bardzo dobrze to wiedziałam.
-Czemu to zrobiłaś?-zapytał biorąc moją dłoń i odkrył bliznę, która widniała na nadgarstku. Potem zajrzał  w moje oczy jakby chciał wszystko z nich wyczytać. Nie wytrzymałam tego spojrzenia. Było w nim tyle smutku... że łzy popłynęły.  Chłopak wiedział czego potrzebowałam. Po prostu mocno mnie przytulił.
-Marcel... To był ciężki czas dla mnie...
-Opowiesz wszystko od początku?
-No dobrze-westchnęłam-W gimnazjum zaczęłam rozkminiać dlaczego rodzice tak po prostu mnie zostawili. Czułam się taka... Samotna, bo zakończenie podstawówki wiązało się z nową szkołą. Nikogo tam nie znałam, a starzy przyjaciele i znajomi odeszli. W wakacje spotykaliśmy się, ale w roku szkolnym było bardzo mało czasu. Trafiliśmy do różnych szkół i nasze drogi się po prostu rozeszły. ,,Przyjaciele na zawsze"-wskazałam palcami cudzysłów i przychnęłam-Gówno prawda. Nikt nie zostawał nigdy, wtedy kiedy tego najbardziej potrzebowałam.
-Mała... Nie wszyscy tacy są. Ja Cię nigdy nie zostawię-próbował mnie pocieszyć. Trącił moją nogę lekko i dodał-To było kiedyś. Teraz masz mnie. Nie dopuszczę żebyś cierpiała.
Uśmiechnęłam się sztucznie na te słowa.
-Dobra... W mojej klasie nie mogłam liczyć na nikogo. Ogólnie była jakaś niekontaktowa. Podzielona na kilka grup. Każdy kolegował się ze swoją grupką. To znaczy prawie każdy... Bo ja nie przyjaźniłam się z nikim i no sama zawsze się gdzieś plątałam. Taki wyrzutek. Wtedy zaczęłam dużo czytać, bo nie miałam z kim wychodzić na miasto. Poznałam też kilka spoko osób w necie. Wiesz tacy internetowi przyjaciele. Nie krytykują, nie pouczają, tylko wspierają dobrym słowem. Im mogłam się zawsze zwierzyć. Cioci takźe, ale różnica jest, nie? No i tak przeleciała pierwsza i druga klasa. W trzeciej zaczęły się problemy. Poznałam kilka osób, których nigdy znać nie powinnam... Po prostu złe towarzystwo. Zaczęły się imprezy, alkohol i muszę się przyznać, że nieraz były także narkotyki... Od czasu do czasu popalałam fajki... Pamiętam jak kiedyś obiecywałam cioci, że nigdy nie wejdę w ten naług. No i się nie udało... Problemy w szkole... Nigdy nie byłam orłem w nauce, ale wtedy przechodziłam samą siebie. Głupio mi się to tego wszystkiego przyznawać... Te narkotyki... Matko... To się mogło skończyć strasznie... No ale to mi pomagało. Nie czułam się taka samotna miałam jakieś towarzystwo. Jak wtedy sądziłam to przyjaciele. Podpuszczali mnie i było coraz gorzej... A te ślady... No... Na odwyku (nie musisz nic mówić. Wiem, że to brzmi strasznie)... Na odwyku załamałam się, bo uświadomiłam sobie, że to nie byli przyjaciele tylko wrogowie. Prawie zpieprzyłam sobie całe życie, bo przedawkowałam... Chciałam coraz więcej i więcej aż w końcu wylądowałam w szpitalu. Z tamtąd na odwyk. Zakręciłam wszystko, wiem... Dobra, tak czy inaczej wpadłam w depresję. Nie chciałam z nikim gadać i po bardzo wielu przemyśleniach na temat sensu życia doszłam do wniosku, że nie mam po co żyć. ,,Co ja tu w ogóle robię?!"-cały czas tak myślałam. Wydawało mi się, że już nic dalej nie ma sensu, że ja nie mam sensu. Nienawidziłam świata... ludzi... Wszystkich i wszystkiego. Szkoda mi było tylko ciotki, ponieważ widziałam, że tylko jej na mnie zależało. Nikt inny nie trzymał mnie tu. No i postanowiłam dłużej się nie męczyć i odejść. Żyletka... Kilka cięć i po sprawie... Tak mi się tylko wydawało. Przemóc się. To jest wyzwanie, ale kiedy już się tego dokona... Przepraszam-zadławiłam się łzami. Poczułam silne ręce Marcela. Spojrzałam na jego twarz. On także płakał. To znaczy, że jestem silna? W sensie... Że nie jestem taką masakryczne wrażliwą ciapą? Doprowadziłam do łez takiego chłopaka jak Marcel... Nie wiem sama...
-Słuchaj-brunet objął moją twarz dłońmi i zmusił żebym spojrzała w jego czekoladowe oczy pełne smutku-Masz dla kogo żyć. Nie możesz się poddawać. Nigdy więcej. Dopilnuję tego. Nie możesz odejść. Musisz kochać siebie... I ludzi. Trafiałaś na nieodpowiednich, ale nie wszyscy tacy są. Zobaczysz los się odmieni. Teraz wszystko będzie dobrze. Rozumiesz?-kiwnęłam niepewnie głową- Ja Cię nigdy nie zostawię. Szczególnie teraz. Wiem, że jest Ci strasznie ciężko, ale nie wolno Ci się poddawać. Proszę, żyj chociaż dla mnie.
-Marcel... Te... Teraz nie jest tak źle... A... Akceptuję jako ta... Tako siebie... Nie.... Nie mart się... O mnie-chlipałam. Być może naprawdę mam dla kogo żyć? Szymon niedługo wróci... I jest Marcel... Mój... PRZYJACIEL.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz